Page 718 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi. Chava Rosenfarb - Listy do Abraszy.
P. 718

gwizdów, tylko cichą, ledwo artykułowaną mowę we wszystkich językach euro-
           pejskich, które mieszają się w powietrzu. Cisza niemego filmu, gdy zatrzyma się
           muzyka. Powolny taniec obiektów, ożywionych i nieożywionych, które poruszają
           się flegmatycznie na taśmie filmowej, zanim taśma się skończy. Godzina duchów
           na cmentarzu, nie w nocy, tylko w jasny dzień, w przyćmionym świetle wiosennego
           słońca. Makabryczne? Przeraźliwe? Nie dla nas. Dla nas żywi i martwi są niczym
           więcej niż wysuszonymi górkami piasku, ruchomymi i nieruchomymi. A różnica
           między śmiercią a życiem polega na łaknieniu, jakie żywi nadal odczuwają.
             Nogi nam się plączą. Ledwo możemy posuwać się naprzód, lecz pod żadnym
           pozorem nie możemy się zatrzymać, tylko – jakby popychane jakąś siłą – drep-
           czemy do przodu przez obóz męski. Rosjanie lub mężczyźni innych nacji – wy-
           glądają wszyscy tak samo. Wyglądają tak jak my. Chmary ich siedzą na ziemi
           czy leżą wsparci na łokciach i gapią się na nas dalekim, zamglonym wzrokiem.
           Promienie słoneczne przesączają się przez piaszczyste powietrze i oświetlając
           ich wszystkich, sprawiają, że wyglądają oni jak kupki piasku.
             Dwaj mężczyźni wpadają w orbitę naszego spojrzenia. Wyglądają, jakby mieli
           w sobie jeszcze trochę sił. Siedzą na ziemi. Dym z niewielkiego ogniska spowija
           ich cienkim, przejrzystym obłokiem. Małe niebieskie języczki ognia skaczą w po-
           wietrzu, oblizując wokół mały czarny baniak, który stoi między nimi. W pobliżu leżą
           zwłoki. Ci dwaj mężczyźni odcinają kawałki mięsa z tylnej części zwłok i wrzucają
           je do gotującego się baniaka 480 . Przyglądam się i nie zdaję sobie sprawy z tego,
           co widzę. To nie robi na mnie wrażenia. Co mnie interesuje, to skąd wzięli wodę,
           którą mają zapewne w baniaku.
             Wokół nas zaczyna się ruch. Coś się dzieje. Nie od razu się orientujemy. Pewna
           liczba kościotrupów wokół nas ożywa i dostaje energii. Kuśtykają zawzięcie lub
           przedzierają się naprzód z niezłą prędkością, przemieszczając się w kierunku
           kuchni. Paru kacetników nadchodzi stamtąd z pełnymi naręczami kartofli. Wtem
           zauważamy Julię, jak trzyma przy ustach surowego, czarnego kartofla pokrytego
           brudem i pospiesznie wgryza się w niego jak w soczyste jabłko.
             – Otwarli kopce z kartoflami! – Szmer niesie się przez tłum.
             Mnie cieknie ślinka.
             – Chodźcie! – wykrzykuje chora Malka, która ledwo może się ruszyć. – Bie-
           gnijmy coś chapnąć!
             Balcia nie pozwala nam ruszyć się od niej. Odciąga nas na stronę, żeby bie-
           gnący w kierunku kuchni nas nie przewrócili. Lecz Hanka i Sorka nie słuchają
           Balci. Nasza piątka rozpada się, jakby samoistnie, na pół. Hanka i Sorka są
           z nami, a jednak oddzielnie.



           480   Zaraz po wyzwoleniu starszy oficer medyczny generała Dempseya potwierdził przypadki kanibali-
             zmu w Bergen-Belsen, o czym donosiła brytyjska prasa. Cannibalism in Prison Camp, „The Man-
    716      chester Guardian”, 19 kwietnia 1945 r.
   713   714   715   716   717   718   719   720   721   722   723