Page 482 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi. Chava Rosenfarb - Listy do Abraszy.
P. 482

Nachodzi mnie ochota, by rozgarniać ramionami powietrze.
             – Jak długo chcesz tak na mnie patrzeć? – pytam. Nagle wpadam na pomysł,
           by dodać do tego prezentu coś pochodzącego z samej głębi mego serca. Uprzą-
           tam wszystkie miski i załadowane krzesła, które zajmują środek pokoju. Potem
           czekam chwilę, żeby wewnętrzna muzyka rozkołysała rytm w moim ciele, po czym
           powoli zaczynam tańczyć po pokoju i już po chwili zapominam, gdzie jestem.
             – To taniec życia – mówisz cicho, z patosem kogoś na granicy między trzeźwością
           a upojeniem. Fraza, którą wypowiadasz, wkomponowuje się w przyspieszony rytm
           mego serca. Tańczę taniec życia. Dopiero co przyszłam na świat, jestem młoda,
           dojrzewam i więdnę na starość. W końcu przestaję się poruszać i zatrzymuję się.
             – Jesteś piękna, Miriam – mówisz. Po długiej chwili milczenia powtarzasz:
           – Jesteś piękna jak bogini.
             Rozwieram szeroko oczy. Czuję, jak wewnątrz mnie rozpala się światło. Jestem
           piękna jak bogini! Przed laty nauczyciel Wilner nazwał mnie „boską” po moim
           tańcu podczas Wiosennego poranka. Staję się boska, kiedy tańczę, i tak też się
           czuję – czuję w sobie nieziemskie piękno. Odkrycie, że ci, którzy patrzą na moje
           ruchy dostrzegają i reagują na moje wewnętrzne piękno, jest dla mnie najwyższą
           nagrodą. W tym poczuciu satysfakcji nie ma śladu pychy. A jeśli nawet jest, to
           jest ona zupełnie innego rodzaju niż zwykła pycha w codziennym życiu. Boska
           tancerka i ja – jesteśmy dwoma mieszkankami tego samego ciała, które rzadko
           spotykają się, by stać się jedną osobą.
             – Dziękuję – odpowiadam.
             Stawiam czajnik na fajerce piecyka i robię herbatę. Gdy jest gotowa, chcę
           podać Ci szklankę, lecz Ty siadasz prosto i odpychasz mnie na bok tak nagle, że
           o mało nie wypuszczam jej z ręki. Skaczesz na nogi tak energicznie, że materac
           łóżka kołysze się przez dłuższą chwilę, podczas gdy w jego wnętrzu pobrzękują
           dźwięcznie sprężyny, jak gdyby były poruszanymi smyczkiem strunami jakiegoś
           popsutego instrumentu.
             – Odstaw herbatę. Pomożesz mi w przygotowaniach! – wołasz. – To będzie
           nasze wspólne dokonanie. – Zaczynasz krzątać się przy worku z gliną oraz
           miskach i wiadrach z wodą. Nie pomagam Ci, tylko siadam na łóżku, by wypić
           herbatę. Przypominasz mi w tej chwili Zalmana Fidlera przygotowującego cia-
           sto do wypieków. Zdejmujesz jeden ze znoszonych kitli z gwoździa na drzwiach
           i rzucasz go na łóżko obok mnie. – Załóż to. Bierzemy się już do pracy! – wołasz.
           Twoja twarz jest zmieniona. Maluje się na niej złość i irytacja.
             Odstawiam szklankę z niedopitą herbatą, wkładam kitel i również zaczynam
           odczuwać napięcie.
             – Dlaczego jesteś taki rozdrażniony? – pytam i nie mogę się zdecydować,
           czy powinnam się obrazić, czy nie.
             – Jestem rozdrażniony? – mruczysz nerwowo. – Taki jestem. Dostaję białej gorączki,
           zanim zaczynam coś robić. Nie zwracaj na to uwagi, ignoruj moje szaleństwo. Obiecuję
    480    ci, że gdy tylko będę miał pierwszy szkic, stanę się z powrotem miłym człowiekiem.
   477   478   479   480   481   482   483   484   485   486   487