Page 304 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom trzeci.
P. 304

a sześćdziesiątym piątym. Druga zmieniła temat: – Można by pomyśleć, że teraz,
                 gdy starych ludzi ze świecą szukać, będą nas nosić na rękach. Akurat. Nie daj
                 Boże pokazać im się na oczy. Kiwają na ciebie palcem: „Żyje to, a moje dzieci
                 zabrano”. Patrzą na nas jak na dziwadła. „Co tu jeszcze robisz?” pytają. „Czego
                 wyjadasz nam chleb?” krzyczą w kolejce. A komu bardziej potrzebna jest strych-
                 nina? Ano, proszę kiedyś stanąć w kolejce, zobaczy pani sama. Nie wiem, po co
                 mi w ogóle ta odrobina życia, by tak rzec. Ta „radość” na widok dzieci i wnuków,
                 Panie Boże… Sama zostałam.
                   Na te słowa Rachela poczuła chłód. Pocieszała się myślą o Wydziale Na-
                 ukowym, który być może przeniósł się do wygodniejszego lokalu. Teraz, gdy tak
                 wiele mieszkań stało pustych, rabin mógł z powodzeniem znaleźć przestronne
                 pokoje, może nawet cały budynek? Szła ulicą i przyglądała się domom. Całe
                 szeregi były opuszczone. Wylądowała, na przykład, na częściowo opustoszałej
                 ulicy Marysińskiej. Podeszła do kooperatywy, gdzie kiedyś pracował Mojsze. Miała
                 zwyczaj czekać na niego przed wejściem, a on wynosił jej odrobinę cukru czy
                 trochę mąki. Pod masywnym płotem latem kwitły najpiękniejsze kwiaty w getcie.
                   Weszła do ogrodu rabina, a jej oczy objęły całe smutne piękno tego miejsca.
                 Śnieg leżał na grządkach i dachu altanki. Drzewa i krzewy, girlandy szarości…
                 płaczące z powodu ich opuszczenia. Wąska ścieżka w głąb ogrodu, zabłocona
                 i ścięta lodem, nie zdradzała żadnych śladów. Ciągnęła się jak zmarszczka żalu.
                 Droga prowadząca donikąd.
                   Pociągnęła za dzwonek. W progu stanęła żona rabina ubrana w długi, zimowy
                 płaszcz. Jej uśmiech odkrył dwa rzędy zdrowych, białych zębów: – Jak się pani
                 miewa, Rachelo? – zwyczajem swego męża wyciągnęła obie ręce w kierunku
                 gościa. – Proszę wejść, proszę wejść – zaprosiła. Rachela zapytała o rabina, ale
                 kobieta wzruszyła ramionami: – Chyba w pracy – powiedziała i zaraz się zoriento-
                 wała: – Pani nic nie wie? Chorowała pani, jak słyszałam? Tak, Wydział Naukowy
                 został zamknięty przez władze. Mój mąż… Pracuje w mieście, w Litzmannstadt…
                 U nich. Córka została jego sekretarką…
                   W niewielkiej, czystej kuchni było ciepło. Żona rabina zdjęła płaszcz, odkry-
                 wając czystą suknię z fartuszkiem. Wróciła do uwijania się wokół kuchenki, która
                 błyszczała mosiężnymi obręczami i białymi, jasnymi kaflami. Chciała poczęstować
                 gościa kawą, ale Rachela stała już przy drzwiach.
                   Pobiegła do swojego dawnego ucznia, „świętego Kamaszniczka”. Kucharka
                 poznała ją: – Piją herbatę – powiedziała z sympatią w głosie i poszła zawołać
                 gospodarza.
                   Kuchnię wypełniały zapachy. Pachniała świeżo zaparzona herbata i wypieki.
                 Brytfanka przyciągała wzrok na poły odkrytą zawartością. Dało się słyszeć głos,
                 „święty Kamaszniczek” wszedł swoim lekkim, zgrabnym krokiem. Był zarumie-
                 niony, rozgrzany, usta miał jeszcze różowe i wilgotne od herbaty, którą dopiero
                 co pił. Rachela uśmiechnęła się do niego. Miło było popatrzeć na tę chłopięcą,
          302    jaśniejącą twarz. Jego szczupła figura, dobrze skrojone ubranie, zgrabne ruchy
   299   300   301   302   303   304   305   306   307   308   309