Page 299 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom trzeci.
P. 299
w twarz. Sądziła, że to ta stara nauczycielka gładzi jej policzki. Łóżko chwiało
się jak huśtawka na długiej linie. Kołysało pomiędzy niebem i otchłanią, jawą
i snem, życiem i śmiercią.
W środku tego rozchwiania pojawił się przed nią Symcha Bunim Berkowicz.
Stał przy oknie sypialni, opierając się rękami o białą, zamarzniętą ramę okien-
ną, jakby miał przed sobą otwartą książkę zapisaną niewidzialnym pismem.
– Umarłam – przeczytał szeptem z książki, kołysząc się nad nią, jakby był to
modlitewnik. – Umarłam… Bezimiennie… Bezsensownie… – Odwrócił się do niej,
zauważyła opuchlizny pod jego oczami. I oto nagle chwycił za brzeg łóżka, które
i tak już się huśtało, potrząsnął nim i rzucił. Ściany rozpadły się jak domek z kart.
Ziemia odpłynęła spod nóg, niebo sponad głowy. Rachela była rozpalonym, za-
chodzącym słońcem, które opadało pomiędzy niebo i ziemię, szybko… Szybko.
Spadając, zdjęła osmolony płaszcz z Berkowicza i zarzuciła go na siebie. Od razu
zrobiło się lżej i chłodniej. Machała płaszczem na swojej opadającej huśtawce tak
długo, uparcie, aż poczuła, że ściąga ją w dół jak kotwica, jak wór kamieni – aż
wyrwał jej ręce, które – zaciśnięte na płaszczu – opadły w noc bez dna. Chciała
spojrzeć w dół, zobaczyć, gdzie spadają jej ręce, ale Mojsze, tata, pochwycił jej
wzrok i przyciągnął do siebie. – Przesuń się, córeńko – poprosił. – Przesuń się,
bo spadnę. Jego twarz miała ten sam wyraz, co owego dnia szpery, gdy uciekł
z domu ukryć się gdzieś samotnie. Zaczęła przesuwać się do ściany, robić mu
miejsce w łóżku – szybko, nerwowo, rozpaczliwie. Lecz nagle ujrzała go przejeż-
dżającego pociągiem pospiesznym. – Blumciu! Blumciu! – Krzyczał i machał ręką
do Racheli. Jego głos był czarny, dobiegający kresu. Po chwili ujrzała samą siebie
w pociągu przy mrugającym oknie… Jednocześnie stała na dworcu i przyglądała
się, jak pociąg spada… w dół. Eksplodował ryk. Krzyk zagłuszonego milczenia,
w którym każda komórka, każda żyła ulega rozkładowi.
Rachela poczuła, że muska ją chłód, kojąca łagodność. Usłyszała głos, który
uciszył wewnętrzne drżenie jak cienka, płócienna koszula. – Rachelciu, trawa
kiełkuje… Trawa… Wiśnia wkrótce zakwitnie… – To był głos mamy. Rozpoznała
go. Ponad horyzont nocy wzeszło cienkie pasmo światła; uśmiech Blumci. –
Ugotowałam ci trochę zupy, córeczko. Kilka rozgotowanych ziemniaków, starta
marchewka. Rachelciu, nie płacz… Nie płacz. Masz, jedz, jedz. Otwórz usta.
Spróbuj. Połknij… Oddychaj cudownym powietrzem…
Rachela słuchała. Oddychała. Połykała dobre, przyjemne powietrze, a mgła z jej
oczu rozwiała się jak obłok na rozpogadzającym się niebie. Ujrzała światło dnia.
Siedziała przy niej skurczona, drobna kobieta i szeptała słodkie, miłe słowa.
Rachela z trudem była w stanie je usłyszeć, z trudem zrozumieć. Ale działały
na duszę jak balsam, łagodnie studziły rozgrzane ciało. W nogach łóżka stał
wychudzony chłopak o długiej szyi wyciągniętej w jej kierunku. Ręce jak chude
gałęzie, poruszały się. Zrozumiała: Mama… Brat.
U wezgłowia siedział on, Dawid. Jego twarz wypełniała cały dzień. Promie-
niał: – Przyniosłem ci jabłuszko… Proszę, jedz wcisnął jej w dłoń coś okrągłego, 297