Page 305 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom trzeci.
P. 305

upodobniały go do romantycznej gwiazdy filmu, gdy zbliża się do swojej prima-
                   donny, aby pochwycić ją w męskie ramiona. – Panno Rachelo – zawołał. – Kopę
                   lat! – mocno i szybko potrząsnął jej dłonią.
                      Jego piękno dodawało sił. – Chorowałam. Tyfus – poinformowała z pewną
                   dumą. Chciała, żeby się przejął i współczuł jej.
                      I współczuł: – Co też panna mówi! – Kręcił głową. – Tak, tak, to koniec, jak
                   mówi lekarz. Trzeba na siebie uważać – zamyślił się, podparł na łokciu i prawą
                   dłonią pocierał czoło. W końcu nachylił się do niej i rozłożył ręce: – Niestety, nie
                   mogę kontynuować nauki panno Rachelo. Ciężkie czasy. Nie wchodzi do głowy.
                   Ciężar nie do zniesienia… Musi mnie pani zrozumieć.
                      Rozumiała: – Nie po to przyszłam. Chodzi o to, że nie mam pracy.
                      – Ach tak! – ucieszył się. – Z największą, najlepszą radością, panno Rachelo.
                   Dla panny głowę nadstawię, bagatela! Załatwię pannie stanowisko, że całuję
                   rączki. Załatwione. Proszę mi zaufać. Nie będzie się panna musiała przemę-
                   czać, słyszy? Po takiej chorobie z pewnością się należy, nawet mam już pewien
                   pomysł… Na przykład… Może przy starociach. Będzie panna tylko odbierać
                   zupy… A niech poczeka chwilunię! – Jednym susem zniknął w kuchni. Rachela
                   zwróciła uwagę na kucharkę, która weszła z tacą wypełnioną niedojedzonymi,
                   spalonymi okruchami ciasta. Jak zahipnotyzowana towarzyszyła każdemu jej
                   ruchowi, patrzyła, jak oczyszcza talerze, zbiera okruchy i robi z nich zawiniątko.
                   Leżało blisko, wystarczyło wyciągnąć rękę. Ale oto pojawił się Kamaszniczek. –
                   Zrobione! – Zawołał i podał jej rękę. – Wie przecież panna Rachela, że robię to
                   z sympatii, bo za pannę skoczyłbym w ogień… – Odprowadził ją do drzwi. – Niech
                   mi nie dziękuje. Nie ma za co.
                      Zwróciła się w jego kierunku: – Może mogłabym dostać odrobinę ciasta?
                   – Rumieniec zalał po uszy jej twarz, zaczął wręcz palić szyję. Chciała się wytłu-
                   maczyć, wyjaśnić, że to kaprys po tyfusie.
                      Kamaszniczek uczynił szeroki, piękny gest w kierunku kucharki: – Ukroi pannie
                   Racheli duży kawałek ciasta! – rozkazał i znów zniknął w kuchni.
                      Szła ulicą, gryzła drobne kęsy ciasta i przeżuwała je zębami, czuła na języku
                   i podniebieniu. Była wdzięczna za istnienie „świętych Kamaszniczków”. Rumie-
                   niec nie schodził z jej policzków. Było w tym coś z grzechu – jej radość życia.
                   Grzeszne było jedzenie, zdrowie, całowanie Dawida. To wszystko przemieniło ją
                   w żebraczkę. Odebrało jej dumę. Jednak gdy tylko zjadła, zapomniała o cieście
                   i wstydzie. Głowa wypełniła się nowymi, wielkimi planami. Nie będzie musiała
                   przesiadywać w resorcie. Zostanie sama, popracuje nad sobą. Tyle tygodni nic
                   nie robiła. Nie brała do ręki ołówka. Prawie całkowicie zapomniała, że istnieją
                   książki. Teraz znowu była ciekawa, z ochotą połykałaby wzrokiem rozrzucone
                   na kartach czarne migdałki wiedzy.
                      Jej dusza znowu zdawała się wić i miotać. Świat ponownie przepełniały barwy,
                   światło, tajemnicza świeżość. Stan odzyskiwania wspomnień. Poczuła długo
                   nieobecną tęsknotę, tym razem dłoni – aby lepić w glinie.            303
   300   301   302   303   304   305   306   307   308   309   310