Page 301 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom trzeci.
P. 301

prawda nie musi istnieć, że może czekać, aż Mojsze otworzy drzwi i będzie
                   z powrotem.
                      Imię Mojszego Blumcia wspominała tylko nocą. Spała na jego łóżku i wołała
                   go do siebie, tuląc poduszkę męża. Raz wezwała go też za dnia. W trzydziesty
                   dzień po śmierci.
                      W ciągu ostatnich nocy miały miejsce alarmy . Słyszano samoloty. Sąsiadka,
                                                           1
                   pani Atłas, gdy tylko zawyły syreny, zapukała wraz ze swoją Tajbele do drzwi. Obie
                   nosiły długie, białe koszule nocne i białe czepki na głowie. Trzęsły się z przeraże-
                   nia i zimna, i przytrzymywały kołnierze koszul. Za każdym razem, gdy wybuchała
                   bomba albo słychać było strzelanie Niemców celujących w niezaciemnione okna,
                   pani Atłas nadstawiała uszu i wydawała z siebie jęk: – Oj, biada mi. – I pomiędzy
                   jednym trzaskiem a drugim opłakiwała męża, swojego obrońcę, którego zabra-
                   no w czasie szpery. Dlatego tak bała się piorunów, ponieważ pozostała sama.
                   A opłakując malutkiego Mandele, pozwalała mu wyrosnąć na rycerza, człowieka
                   czynu, przywódcę i kochanka. Przeżywała żałobę i właśnie z Blumcią pragnęła się
                   nią dzielić. Były przecież jak siostry, obie straciły mężów. Ale Blumcia nie miała
                   ochoty z nią płakać, a to powodowało, że pani Atłas wybuchała tym głośniejszym
                   szlochem, jakby z wyrzutem, dlaczego Blumcia zachowuje się w ten sposób, jak
                   Rachela i Szlamek mogą spać w taką noc. Jednocześnie szturchała zaspaną
                   Tajbele: – Czego śpisz, biada mi. Nie słyszysz jak łupie?
                      Tajbele słaniała się z niewyspania, w końcu wyrwała się mamie i wcisnęła do
                   łóżka Racheli. Także Blumcia nie potrafiła dłużej wytrzymać i wróciła do łóżka,
                   zostawiając panią Atłas samą z jej strachem aż do końca bombardowania.
                      Prawdę powiedziawszy, Blumcia ledwo chodziła. Skóra na jej twarzy przypomi-
                   nała skórkę starego, wyschniętego jabłka, była zielona i pokryta plamkami. Siwy
                   meszek kiełkował na jej policzku. Włosy wypadały. Nad skroniami miała głębokie,
                   gołe zakola, a przez pozostałe włosy prześwitywała naga czaszka. Ciężko było jej
                   wystać dziesięć godzin nad balią, trąc grube, zakrwawione, wojskowe koszule,
                   czyszcząc mundury szorstkimi szczotkami. Soda i mydło tak wyżarły jej palce,
                   że skóra schodziła z nich jak papier. Wilgoć, w której spędzała cały dzień, i para,
                   która unosiła się z balii, przenikały do kości, wywoływały uczucie łamania i palenia.
                   Ciągle kręciło jej się w głowie. Zawroty powtarzały się, a kilka razy w tygodniu
                   także omdlenia nad balią. W tajemnicy oddawała Racheli dużą część własnych
                   racji. Ale pani Atłas, która przejrzała jej szlachetne postępowanie, postawiła sobie
                   za cel wsparcie sąsiadki i pomoc w nieszczęściu. Od czasu do czasu udawało
                   się jej złapać Blumcię, gdy była sama, i dokarmić ją odrobiną babki kawowej.
                   Nie ruszała się z miejsca, dopóki ostatni kęs nie zniknął w ustach przyjaciółki.
                   To dawało pani Atłas okazję, aby się nieco wyżalić, Blumci zaś, aby się posilić.



                   1    W 1943 r. w getcie wielokrotnie ogłaszano alarmy przeciwlotnicze, a mieszkania musiały być
                      zaciemnione.                                                      299
   296   297   298   299   300   301   302   303   304   305   306