Page 308 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom trzeci.
P. 308
światło lampki jaśniej padało na litery. Pospiesznie, łapczywie przeczytał jej wiersz
do radości. Radości, która fikała koziołki w mrocznym pokoju, która łączyła sufit
z podłogą, która wywieszała jasne tapety na czerni ścian. Skończywszy czytać,
podał Racheli kartkę: – To dla pani.
Przeleciała wzrokiem wersy, pozwalając im zabrzmieć w duszy. Zwinęła
kartkę i schowała do kieszeni. – Trzymam radość w kieszeni – zażartowała
z wdzięcznością. – Proszę za mną – zawołała. – Właśnie idę na pana podwórze.
Mój przyjaciel tam mieszka. – Szła u jego boku szybko i lekko.
Nie spuszczał z niej wzroku. Serce nie mogło zaznać spokoju. Szła zbyt szybko.
Z trudnością za nią nadążał.
– Proszę najpierw zajrzeć do mnie – zaprosił. – Chociaż na chwilę.
– Dobrze – zgodziła się. – Tylko na chwilę.
Poprosił, żeby zaczekała przed chatą, aż zaprowadzi w niej nieco porządku.
Czekała pod wiśnią, z której skapywał topniejący śnieg. Patrzyła w górę, w kie-
runku okna Dawida. W środku się nie świeciło, domyślała się więc, że nikogo nie
ma w domu. Bunim wyszedł na próg i zawołał ją. Bez czarnego płaszcza wyglądał
dużo młodziej. Miał na sobie brązową kraciastą marynarkę. Z kieszonki na piersi
wystawały żółty, pogryziony ołówek i etui na okulary. W dużych kieszeniach bieliły
się niezapisane kartki.
W kuchni Berkowicza świeciła blada lampka. Drugi pokój był ciemny. Bunim
stanął pomiędzy Rachelą i ciemnością, nie pozwalając jej wejść dalej. – Proszę
tutaj – wskazał na stolik przy kuchence. – Rozpalę dla pani ogień.
– Zaprosił mnie pan tylko na chwilę – zauważyła.
– Dwie chwile – poprosił.
– Zostanę trzy – powiedziała. – Mojego przyjaciela nie ma w domu.
Bardzo się ucieszył. Przystanął, jakby o czymś rozmyślał, w końcu zdecydo-
wał: – Zacznę pani czytać mój poemat… Chce pani?
Przesunął fajerki i zajął się rozpalaniem ognia. Zauważył jednak, że nie ma
czym napalić. Zniknął w ciemnym pokoju, a Rachela otuliła się płaszczem i posta-
wiła kołnierz. W środku było chłodniej niż na ulicy. Coś niepokojącego i smutnego
biło od zimnej kuchenki, ścian wokoło, zakurzonych talerzy na półkach, pory-
sowanych garnków, sieci pajęczyn kłębiących się nad popielatymi firankami na
oknie. Mieszkanie było odcięte od świata. Przypominało izby resortu sortowania
odpadów. Rachela nie potrafiła odciąć się od tej szarości. Miała wrażenie, że
tonie po szyję w smutku. Chciała czym prędzej uciec, ratować się. Ale oto wrócił
Berkowicz. Nie znalazł w drugim pokoju niczego, czym mógłby napalić w piecu.
Ale znalazł stary sweter żony, Miriam. Powiedział to z błagalnym uśmiechem,
zmieszany i zawstydzony. Pozwoliła mu zarzucić sweter na ramiona, na płaszcz.
Lepiej było zostać z nim niż uciekać.
Odnotowała w myślach datę, gdy zaczął czytać jej poemat. Zdawało jej się,
że to ważne wydarzenie. Sama nie wiedziała dlaczego.
306 Nazajutrz na poważnie zabrała się za opracowywanie krótkiego opowiadania