Page 302 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom trzeci.
P. 302

Rachela przeżywała dziki głód potyfusowy. Potrafiła połknąć wszystko, co
                 dało się tylko rozgryźć zębami. Blumcia z zapartym tchem przyglądała się, jak
                 córka powraca do życia. Bolało ją, że nie jest w stanie nasycić tego młodego,
                 spragnionego siły ciała. Blumcia niejednokrotnie odczuwała dziwny żal, że
                 sama nie jest jadalna. Że nie może paść przed Rachelą i powiedzieć: „Masz,
                 zjedz mnie”. Wcale nie miała wrażenia, że właśnie to robi, oddając córce część
                 swojego jedzenia.
                   Rachelę głód uczynił zupełnie obojętną. Nie pytała, co ani skąd, nie krzywiła
                 się na cuchnący chleb ani na gęste zupy. Obok siedział w milczeniu wychudły
                 Szlamek i sam sobie życzył tyfusu, aby również mógł zjeść matkę. Pozostawiony
                 przez Blumcię zajętą stawianiem Racheli na nogi, porzucony przez ojca, folgował
                 zazdrości.


                                                 *



                   Tamtej zimy Rachela odżyła. Oczarowana cudem ponownych narodzin, ura-
                 towaniem życia, nie mogła nacieszyć się zdolnością chodzenia. Z entuzjazmem
                 przyglądała się piersiom ponownie nabierającym krągłości i unoszącym się pod
                 bluzką jak przebudzone wiosną pąki. Biodra nabrały kształtu, a oczy skrzyły się
                 życiem. W żaden sposób nie potrafiła zachować powagi.
                   Czuła się jak rozpieszczone dziecko, bawiące się, śmiejące, i straszliwie w so-
                 bie zakochane. Potrafiła godzinami stać przed lustrem i czesać włosy, układać
                 je w różne fryzury. Dziesiątki razy zakładała i zdejmowała bluzeczki, sukienki,
                 a każdego wieczora przed przyjściem Dawida jej przygotowania zdawały się
                 nie mieć końca. Gdy pozostawała sama, wyciągała futro, które Mojsze kiedyś
                 przyniósł jej w prezencie, i paradowała w nim po pokoju.
                   W tym upojeniu miała ochotę oglądać śmiejącego się brata, uśmiechnię-
                 tą mamę i tak długo wyczyniała figle, aż zarazili się jej dobrym nastrojem.
                 Przypadała do brata i łaskotała go, do Blumci – i obsypywała pocałunkami
                 jej łysawą głowę. Nie przeszkadzało Racheli, że Szlamek i Blumcia złoszczą
                 się i odpychają ją od siebie. Musiała ujrzeć w ich oczach swoje uśmiech-
                 nięte odbicie. Potem, gdy pojawiał się Dawid, bezwstydnie przytulała się do
                 niego, całowała w usta i dawała mu znać całym ciałem, jak tęskni za jego
                 pieszczotą.
                   Zamykali się w sypialni, w swoim miejscu schronienia. Leżeli na łóżku Racheli,
                 a skuta mrozem szyba oddzielała ich od świata. W ich śmiechu znać było swa-
                 wolną radość, podobnie jak w sposobach na przekonanie łóżka, aby za głośno
                 nie skrzypiało. Nie miało przecież znaczenia, z czego zdawali sobie sprawę, że
          300    Szlamek może zajrzeć przez szparę w ścianie z dykty, że Blumcia siedzi za ścianą,
   297   298   299   300   301   302   303   304   305   306   307