Page 300 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom trzeci.
P. 300
soczystego, gładkiego, przepięknego. Rachela patrzyła na to drobne jabłko,
jakby nigdy nie widziała niczego podobnego. – Ugryź – zachęcał ją. Ugryzła.
Sok pociekł po policzku. Chciała mu podać, żeby też ugryzł, ale odepchnął jej
rękę: – To tylko dla ciebie.
Nigdy jeszcze nie widziała go równie rozpromienionego. Nie miała pojęcia,
że jego twarz potrafi wyrazić takie szczęście. Chciała się do niego z wdzięczno-
ścią uśmiechnąć, ale nie potrafiła. Siedział pomiędzy nią a sąsiednim łóżkiem
i był jak nieprzenikniona ściana. A jednak wiedziała: sąsiednie łóżko jest puste.
Wiedziała od dawna. Nie, nie wyczytała tego ze skurczonej twarzy Blumci ani ze
zmienionego spojrzenia Szlamka. Pamiętała… I nie musiała pytać.
Długo ze sobą rozmawiali, ona i tata. Opowiadali sobie rzeczy, które napływały
z duszy, i nie potrafili nasycić się rozmową. To nienasycenie bolało. Pustką, której
nie uda się zapełnić. Ale Dawid był silny. Gdy zostawali sami w pokoju, całował
jej ramiona. Każdy pocałunek był kolejną nicią zszywającą pustkę. Palce Racheli
znalazły drogę do jego czupryny, policzków, ust, oczu. Formowała w glinie twarz
ukochanego.
– Zakradłem się do ciebie, zanim zaczęła się kwarantanna – pochwalił się.
– I wiesz… Jestem przesądny. Zgadnij, co zrobiłem? – Wyjął z kieszeni zwiniętą
kartkę papieru: – Czytaj. – Zmarszczyła brwi i wysiliła wzrok: „Chcę, żebyś żyła”.
To było napisane na kartce. – Podłożyłem to pod twoją poduszkę. Teraz wyglą-
da to zabawnie. Ale tej nocy, kiedy Szlamek przybiegł do mnie z informacją, że
masz tyfus, nie wiedziałem, co robić. Później, gdy ustanowiono kwarantannę,
już mnie na górę nie wpuszczano. Ale ten kawałek papieru zadziałał za mnie.
Rozkazałem ci, a ty posłuchałaś.
Nie zawsze mógł być pomiędzy nią a sąsiednim łóżkiem. Rachela długimi,
długimi godzinami spoglądała w tamtą stronę. A jednak nie przyjmowała do wia-
domości, że to koniec. Widziała Mojszego żywego, rozgadanego, jakby dopiero
coś powiedział i wyszedł z pokoju, zawieszając słowo w powietrzu, aż wróci i je
pochwyci, zakończy rozmowę. Był jej winny sporo ojcowskich uczuć. Taki dług
trzeba spłacić. Nie było możliwości, aby święta czwórka została rozbita. Koniec
istniał jako słowo w słowniku, ale nie mógł mieć związku z tą świętą cyfrą. Sam
Mojsze był jej strażnikiem – tak, nie bacząc na to, że zostawił ich wtedy, w czasie
szpery.
Czekała, aż pojawi się jego zmęczona, łagodna twarz z suchym papierosem
w kąciku ust. Wyciągnie ku niej arystokratyczne ręce, męskie, a jednak delikatne.
Wejdzie wytęskniony, w romantycznym nastroju, którym się otaczał. On, który
potrafił tak pięknie kochać, wspaniały ojciec, nie mógł sobie więcej pozwolić na
zdradę, porzucenie. Nie opłakiwała go.
Ani Blumcia, ani Szlamek nie wspominali jego imienia. Tylko w ich i Racheli
milczeniu pojawiła się różnica. Coś wiedzieli, czego ona nigdy się nie dowie.
Coś widzieli, czego ona nigdy nie zobaczy. Chciała sczytać z ich twarzy ostat-
298 nie chwile ojca. Była ciekawa, zazdrosna, a jednak zadowolona, że dla niej ta