Page 303 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom trzeci.
P. 303

ceruje skarpety i być może nadstawia uszu. Chociaż Rachela i Dawid cieszyli się
                   swoim sekretem, czuli, że gdyby nawet postawić łóżko pośrodku świata, tak żeby
                   każdy mógł ich zobaczyć i usłyszeć, potrafiliby skryć się w swoich ramionach.
                      Tylko nocą, gdy spała, ten dobry nastrój znikał i Rachela budziła się nieraz
                   z krzykiem przerażenia. W snach nawiedzał ją Mojsze. Każdego poranka na
                   nowo o nim zapominała.
                      Nie mogła doczekać się wyjścia z domu. Mieszkanie robiło się ciasne. Miała
                   ochotę roznieść ściany. Chciała spotykać ludzi, wielu, wielu, otoczyć się tłumem,
                   słyszeć rozmowy, same rozmowy, dokonać czegoś wielkiego, zacząć coś nowego.
                   Żyć.
                      Był zimny dzień, gdy po raz pierwszy wyszła na ulicę. Wiatr pochwycił ją w ra-
                   miona, niósł naprzód, podrywał poły płaszcza, czochrał włosy i zrzucał chustkę
                   z głowy. Nie miała jeszcze tyle sił, ile sobie wyobrażała. W rękach wiatru była
                   zabawką, z trudem potrafiła mu się przeciwstawić. Mijali ją ludzie zawinięci
                   w chusty i szmaty. Trepy chlupotały na błotnistym śniegu. Kapało z drewnianych
                   zelówek, kapało z murów i dachów. Długie lodowe sople zwisały z gzymsów
                   i bram.
                      Zbliżając się do Wydziału Naukowego, wyobrażała sobie radośnie, że rabin
                   wyjdzie jej naprzeciw z otwartymi ramionami i serdecznie przywita. Od czasu
                   szpery miała do niego żal z powodu odmowy ukrycia jej i rodziny. Nosiła w sercu
                   złość, że nie podsyłał jej zup w czasie ostatniej choroby. Ale nie potrafiła się
                   przemóc. Uwielbiała go i cieszyła się na spotkanie. Przyspieszyła kroku, aby
                   czym prędzej ujrzeć arystokratyczną twarz i ogrzać się w świetle jego spojrzenia.
                      Drzwi do Wydziału Naukowego były zabite dwiema wąskimi, skrzyżowanymi
                   deskami. Rachela spojrzała przez okno, również zastawione. Szybę skuwał lód.
                   Wychuchała w nim otwór i ujrzała czysty, pusty stół, puste półki i przewrócone
                   ławy .
                       2
                      Chciała biec, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Zrobiło się jej bardzo
                   zimno. Postawiła kołnierz i mocniej zaciągnęła pasek płaszcza. Palce w ręka-
                   wiczkach marzły, przystawiła je do ust, by je rozgrzać. Słyszała głos Blumci,
                   która zabroniła jej zbyt długiego przebywania pierwszego dnia na zewnątrz. Ale
                   do domu wrócić nie mogła.
                      Weszła do bramy wytrzepać zmarznięte błoto z trepów. Na widok dwóch sta-
                   ruszek, które stały i zamiatały bramę, poczuła w sercu przypływ ciepła. A jednak
                   babcie ciągle tu są. Miała ochotę podejść i podziękować tylko za to.
                      – Zabierali nocą z łóżek – usłyszała, jak jedna z nich wzdycha.
                      Druga pokiwała głową: – Już dwa miesiące, jak śpię w ubraniu.
                      Pierwsza popatrzyła na sąsiadkę: – Czego tu się bać? Przecież nie o nas im
                   chodzi. Nas już nie ma. Na wokandę wchodzi się teraz pomiędzy siedemnastym



                   2     W maju 1943 r. rabin Hirschberg musiał przerwać pracę, a Wydział Naukowy został rozwiązany.  301
   298   299   300   301   302   303   304   305   306   307   308