Page 298 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom trzeci.
P. 298

leżała odrętwiała jak kamień. W jej rozgorączkowanej głowie głos ojca grzmiał,
                 rozpraszał i wyprowadzał z równowagi. Wszystko się zawaliło, wymieszało w pę-
                 dzącym wirze. Czuła się już podobnie całkiem niedawno, w czasie szpery, gdy
                 ojciec wyszedł i zostawił ich samych. Ojców zrobiło się dwóch: jeden wyobcowany,
                 nieznajomy, drugi zaś – do drugiego czuła przywiązanie. Z nim było dobrze iść
                 i trzymać go za rękę, ufnie, wiernie. Mojsze mówił otumaniony gorączką: – W jaki
                 sposób moglibyśmy zmusić Niemca, żeby zapłacił za to, do czego doprowadził
                 pomiędzy mną a mamą? Coraz ciężej jest kochać, córko…
                   Wpadł w długi monolog o miłości do Blumci i w jaki sposób jej złość, krzyki
                 i gorycz stopniowo niweczyły to uczucie. Chociaż dobrze wiedział, że krzyczy, po-
                 nieważ jest niespokojna, zmartwiona. Ponieważ drży o dzieci i, owszem, również
                 o niego. Potem zaczął wychwalać swoją przyjaźń z Samuelem Cukermanem.
                 Niemcowi należało się więc też podziękowanie. To dzięki niemu przyjaźń miała
                 szanse się zawiązać. Wzajemne zrozumienie dwóch mężczyzn, jakie nigdy by
                 nie zaszło pomiędzy mężczyzną a kobietą. Uśmiechnął się: – Zapomniałem za-
                 brać przybory do golenia od Cukermana… Jest tak słaby, że sam się nie ogoli…
                 Teraz to on je przyniesie i się mną zajmie… Jestem dzisiaj słabszy od niego… To
                 właśnie oznacza przyjaźń, Rachelciu… Jeden przed drugim serce otworzy… Ale
                 nie bierz do siebie tego, co powiedziałem o matce… To ze szczęścia… Nie mogę
                 sobie podarować bogactwa… Iluż ludzi żyje, nie zaznawszy miłości ani przyjaźni?
                   Rachela już go nie słyszała. Spała głębokim snem. Później, dużo później, jak
                 przez odległą ścianę słyszała rozmowy, czuła, jak dłonie dotykają jej czoła. –
                 Tyfus… Tyfus… – zza odległych ścian dochodził głos.
                   Umysł Rachel wypełnił jakiś dźwięk. Dobiegało do niej ciężkie westchnienie
                 zranionego ptaka. To westchnienie ogarniało wszystkie myśli: – Umieramy…
                 Umieramy… Bezimiennie… Bezsensownie… – Potem udało jej się uciszyć głośnik.
                 Wszystko minęło. Zapadła cisza, a nad horyzontem unosiły się ostatnie kłęby
                 dymu. Gdy wszystko wydawało się stracone, jej serce wciąż biło. Żyła. Paszcza
                 głośnika przybrała kolor niebieski. Ciche niebo w okresie święta Pesach. War-
                 kotały na nim samoloty. Łagodnie, niczym pszczoły. Nie zrzucały bomb. Nie
                 zapowiadały pożarów – tylko spokój. Wszystko jedno. I tak już po wszystkim.
                 Serce Racheli zamieniło się w działo. Trzęsło się w rozdzierających salwach. Jej
                 umysł był samolotem, który grzmiał na niebie w święto Pesach. Oddech walczył
                 o życie. Krew wrzała. Oczy płonęły jak podpalony lofiks. W zatkane gliną uszy
                 wwiercały się śruby. Tyfus igrał z jej ciałem i duszą.
                   Spod przepastnych gór wyszła do niej w wigilię szabatu szpera. Głowy o barw-
                 nych skroniach. Drobne usta. Mówiły jak dzieci, uśmiechały się jak dzieci i prosiły,
                 żeby Rachela podzieliła się z nimi sobą. Podzieliła się. Zaczęły wyzierać z jej oczu.
                 Wyciągały jej długie, chude ręce w pustkę dookoła i żywymi, napuchniętymi ustami
                 wpijały się w matczyne piersi. Śpiewała głosami pieśń o owej spotniałej nocy.
                 – Pani Nachumow! – Zawołała z żalem przemieszanym z triumfem. – W końcu
          296    zostałam nauczycielką! – Jej własny, płomienny oddech uderzył ją ponownie
   293   294   295   296   297   298   299   300   301   302   303