Page 297 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom trzeci.
P. 297
Nazajutrz, po zamknięciu punktu gazowego, Berkowicz wyczekiwał na Rachelę
pod jej domem. Kilka razy przymierzał się, żeby wejść na górę, zapukać do drzwi,
ale nie potrafił się zdecydować. Wolałby spotkać ją przed bramą, w miejscu,
gdzie zostawił ją wczoraj. Wyciągnąć rękę, pochwycić i opleść palcami jej dłoń,
aby przepłynął pomiędzy nimi tajemniczy strumień, który tak wyraźnie wczoraj
czuł. Zostawił w domu osiemnaście rozdziałów poematu. Przez całą noc pisał
co innego, Pieśń do radości. Radość. Nie potrafił znaleźć innej nazwy na niepo-
kój, który poczuł po rozstaniu z dziewczyną. Dobrze wiedział, że to niewłaściwe
słowo. Nie odzwierciedlało prawdziwej barwy jego nastoju. Nie szkodzi, niczego
lepszego nie potrafił wymyślić.
Stał w bramie, z wierszem w kieszeni koszuli i czekał wsłuchany w skrzypienie
schodów.
Na górze, w łóżku Blumci, leżała Rachela. Obok, w swoim własnym, Mojsze
Ejbuszyc. Oboje mieli wysoką gorączkę.
Zanim poszła do pracy w pralni, Blumcia postawiła koło ich łóżek odrobinę
cukru i marmolady oraz dzienną porcję chleba. Była zdenerwowana, złościła się
na chorych i przez cały poranek wyładowywała gniew na Szlamku. Myślała, że
są po prostu przeziębieni. Strach zaglądał jej w oczy. Mróz stężał na szybach, na
ulicach znów mówiono o wysiedleniu, a Blumcia nie wiedziała, jak zniesie dzień
w resorcie. Złościła się na Mojszego: – Dlaczego nie wstaniesz i nie pójdziesz
choć na pół dnia do pracy? Przynajmniej wziąłbyś zupę.
Mojsze kręcił głową: – Nie mogę się ruszyć.
Wiedziała, że nie może. Zdradziły jej to jego szkliste oczy. Ale nie mogła patrzeć, jak
leży bez siły. Wolała, żeby chodził. – Jak człowiek chce, to wszystko może – warczała.
W środku dnia Mojsze zwrócił szkliste oczy w kierunku córki: – Nie kocham
już twojej mamy, Rachelciu. Między nią a mną wszystko się zmieniło. – Rachela 295