Page 381 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom drugi.
P. 381

Te kilka książek, które przeczytałam? Może to jest przyczyna tej wewnętrznej
                  niepewności i obcości między mną i mamą? Ale dlaczego akurat mama, a nie
                  tata? On tak samo niewiele wie o mnie co ona. Czasami prosi: powiedz mi to…,
                  powiedz mi tamto. Ale ja nie reaguję i nic mu nie opowiadam. Mimo to nie czuję
                  wobec niego obcości, ale też nie odczuwam żadnej intymności naszych ciał,
                  tej mowy dotyku, którą rozumiem tak dobrze na przykład teraz, w tym wąskim
                  łóżku, u boku mamy. Jego dotyk mówi co innego niż jej, ale wtedy, gdy jestem
                  chora, odganiam go od siebie, gdyż tylko ją chcę mieć w pobliżu. Już sama jej
                  obecność przy łóżku leczy i przyspiesza powrót do zdrowia. Więc czym jest to
                  coś pomiędzy rodzicami i dziećmi?” Ujrzała siebie przy sederowym stole podczas
                  wczorajszej uczty, przypomniała sobie dziwną bliskość, porozumienie spojrzeń,
                  które wędrowały od twarzy do twarzy, dokładnie tak samo zawikłane i splątane
                  jak te linie tu, na papierze. Wszystkie zbiegały się, tworząc jedną rodzinę. Ale
                  cząstki tej jedności z osobna były odrębnymi światami. Jak dobrze czuła to
                  wczoraj wieczorem przy stole, w tym czasie, gdy każdy pochylał się nad swoim
                  talerzem z łyżką w dłoni, by zanieść ciepły płyn do swoich ust. Jedynie oczy obu
                  matek, Rywki i Blumci, od czasu do czasu porzucały swoje talerze, by obserwo-
                  wać dzieci, jakby jadły wraz z nimi, nasycając się tym sposobem w dwójnasób.
                  Czy to, co zdradzały ich spojrzenia, to była troska? Jak daleko ona sięga? Czy
                  jest w stanie rozszczepić atom? A miłość? W labiryncie linii na papierze Ra-
                  chela dostrzegła oblicze Dawida. Poczuła jakiś skurcz w głębi ciała. Czy to był
                  ogień, który znosił granice pomiędzy jednym światem a drugim, powodował ich
                  wzajemne przyciąganie wraz ze wszystkim, co uśpione i czuwające w tobie?
                  A jednak – pociągnęła paznokciem po papierowych zagnieceniach – one się
                  kochają, ciągną do siebie. Mimo to nigdy nie staną się jedną linią. Tu i tam,
                  jakże rzadko, dotykają się, krzyżują, tworząc punkt… Ale punkt ten jest raczej
                  węzłem, kłębowiskiem znaków zapytania. Czy są one potwierdzeniem, że atom
                  jest niepodzielny? Że troska i miłość, jeśli nawet potrafią go rozszczepić, nie są
                  w stanie jasnością i wiedzą zespolić jednego człowieka z drugim, a tym samym
                  nawet najbliższe sobie światy są w swojej istocie tak od siebie odległe? Wcisnęła
                  paznokieć głębiej w papier na ścianie. Kącik pomiędzy łóżkiem a ścianką był
                  pełen papierowych strzępków, a spod tapety sterczał kawałek dykty. Dziewczyna
                  obróciła się do matki. – Mamo… – przytuliła się do niej, kładąc głowę na jej piersi.
                  Objęły ją zniszczone mydłem dłonie Blumci z kawałkami szmatek wokół palców.
                     – Dlaczego nie zdrzemniesz się troszeczkę?
                     – Chce mi się jeść… – Rachela nagle wyswobodziła się z ramion Blumci
                  i jednym skokiem znalazła się poza łóżkiem. Zaczęła się szybko ubierać.
                     Blumcia obserwowała jej ruchy. – Dokąd idziesz?
                     – Do Dawida… – Rachela ożywiła się. Wszystko, o czym myślała, leżąc w łóż-
                  ku, wydało się jej głupie.
                     – Chodź, ubieraj się tu, przy mnie – poprosiła Blumcia, a kiedy Rachela
                  zbliżyła się do łóżka, matka z przyjemnością obserwowała ruchy córki. Jej twarz   379
   376   377   378   379   380   381   382   383   384   385   386