Page 379 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom drugi.
P. 379

Wyprostowała nogi, pozwalając książce niedbale spaść z kolan. Odwróciła
                  się w kierunku Blumci, zarzuciła rękę wokół jej szyi i pocałowała jej ramię przez
                  sweter, który matka miała na sobie.
                     Zaraz też poczuła dłoń Blumci rozcierającą jej ramię.
                     – Jesteś zimna jak sopel lodu – szepnęła matka. – Dlaczego się tak upierasz
                  i nie chcesz założyć swetra do spania?
                     Rachela przytuliła się do niej, chcąc zanurkować w jej ciało, aby to, co obce
                  i zimne, nie znalazło dla siebie miejsca pomiędzy nimi.
                     – Nie jest mi zimno… – uśmiechnęła się wtulona w sweter Blumci. Przytu-
                  liła twarz do policzka matki. „Mamo… mamo…” – coś w niej zawołało z bliska,
                  a zarazem z bardzo daleka. Głęboko w niej była samotność i ciemność. Coś
                  łkało w beznadziei i zagubieniu: „Z głębokości… z głębokości… mimaamakim”…
                  Nauczycielka hebrajskiego, wesoła „Karmelka” z „Wiedzy”, napisała kredą na
                  szkolnej tablicy: „Z głębin wzywam cię Boże...” Reb Chaim siedział przy stole
                  z rękami wzniesionymi ku sufitowi. Nie z ust reb Chaima usłyszała to wezwanie,
                  ale dostrzegła je zrywające się z jego palców – ku górze, ku górze, poprzez
                  sufit, poprzez niebiosa. Słowo-krzyk tkwiło w jej piersi niczym schwytany ptak,
                  rozglądając się i szukając szpary, przez którą mogłoby ulecieć na wolność – aż
                  dobiło się niejasnego, kalekiego rytmu:

                     Z głębokości przyzywam cię, mamo
                     Za oknem szarzeje już dzień,
                     dzieląc milczenia ciężką kotarą
                     Łzę moją i twoją łzę.

                     Z głębokości przyzywam cię, mamo,
                     Koszulę parzy twój żar,
                     Jesteśmy tu razem, tak blisko ze sobą,
                     A jednak obce aż strach…

                     Poczuła rękę Blumci na swoim wystającym biodrze.
                     – Biedactwo, jakże ty wychudłaś… Czemu nie wstaniesz i nie weźmiesz sobie
                  kawałka brukwi z cukrem? – rytm wersów został przerwany. Rachela wiedzia-
                  ła, że Blumcia nie da jej spokoju, póki nie weźmie sobie czegoś do jedzenia.
                  Pustka żołądka, do tej pory przygłuszona gorzkim, palącym uczuciem, które ją
                  opanowało, przebudziła się jakby w odpowiedzi na uwagę matki. Dziewczyna
                  zeskoczyła z łóżka i podeszła do szafki z jedzeniem. – Szybciej, przeziębisz się
                  tak na bosaka… – poganiała ją Blumcia.
                     „A może to jest to?” – pomyślała Rachela, czując, jak w jej zmarzniętym ciele
                  narasta gniew. – „To trzęsienie się nade mną… to zaglądanie mi w oczy. Może
                  to jest powód mojego pragnienia, aby od niej odejść?” Odkroiwszy kawałek bru-
                  kwi, zmierzyła wzrokiem słoik cukru. Już dawno zjadła swoją część. Podobnie   377
   374   375   376   377   378   379   380   381   382   383   384