Page 380 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom drugi.
P. 380
i Szlamek. Jedynie słoiki rodziców były jeszcze do połowy pełne. Gniew w niej
nabrzmiewał: „Dlaczego nie schowają przed nami swojego cukru, tylko drażnią
się z nami?” Zanurzyła czubek łyżeczki w jednym z rodzicielskich słoików z brą-
zowym cukrem, po czym rozsmarowała cukier na powierzchni plastra. Wgryzła
się weń i zaczęła chrupać, coraz szybciej, pośpieszniej. Głód w niej stał się zły
i dziki. Stojąc przed szafką zmarznięta i bosa, pochłonęła cały kawałek brukwi,
a jej podniebienie domagało się więcej. Ponownie szybko zanurzyła łyżeczkę
w słoiku i nabrała pełno cukru, który zaraz wsypała do ust. Jednym skokiem
była z powrotem w łóżku i podciągnęła kołdrę na głowę. Ciepłe pięty Blumci
pocierały jej zziębnięte nogi.
– Jak dożyję wyprowadzki z tego mieszkania – szepnęła Blumcia – to już nam
niczego nie będzie brakowało, tylko ktoś musi, nie daj Boże…
Rachela mocniej naciągnęła przykrycie na głowę i obróciła się do ściany. Nie
mogła znieść tej zwierzęcej troski o siebie i bliskich. Dławiła ją. Przytuliła ciało
do ścianki z dykty, aby nie czuć ciała Blumci. Matka pomogła jej okryć się, po
czym zamilkła, aby dać jej zasnąć. Rachela patrzyła na obdartą tapetę pomalo-
waną w wiele małych obrazków z powtarzającym się góralskim motywem. Kilka
równoległych, zielonobrązowych linii symbolizowało góry. Na każdym obrazku
znajdowała się chatka z dymem snującym się wesoło z komina. Przed chatką
– młody góral z młodą góralką w kolorowych strojach podnosili nogi, tańcząc
góralskie tańce.
Tam, gdzie tapeta była porwana, góry były wyblakle, a chatki – zamazane.
Tu brakowało głowy górala, tam – całej góralki. Miejscami nie było obojga.
Dokładnie naprzeciw oczu Racheli znajdował się obrazek, który akurat był cały
i wyraźny. Zanurzyła się w nim cała: „Jak zwyczajnie” – dziwiła się. „Góra, dom,
para. Kolory – czerwony i zielony, niebieski i złoty. I to wszystko, i to jest obrazek”.
Przez chwilę poczuła się pocieszona tą prostotą. Ale wkrótce porzuciła ją, gdyż
zrobiła się dla niej za ciasna. „To kłamstwo. Papierowe kłamstwo” – mówiła do
siebie w myślach. – „Naprawdę nie ma takiej czerwonej czerwieni, takiej żółtej
żółci. Naprawdę wszystko jest wymieszane z szarym… z czarnym. Jeden kolor
przechodzi w drugi…” Poczuła odrazę do marionetkowych twarzy górala i góralki.
Leniwie wysunęła rękę spod przykrycia i zaczęła zdrapywać paznokciem
oba namalowane oblicza, z pełnym mściwości zadowoleniem zdzierając papier,
a wraz z nim najpierw ją, potem jego. Dalej domek z dymem z komina i w koń-
cu – góry. Przed jej oczyma pozostał kawałek papierowej przestrzeni. „Nie ma
niczego”. Poczuła ulgę i pomyślała z rozbawieniem:. „Nic nie jest kłamstwem i nic
jest najprostszą rzeczą”. – Ale zaraz coś rzuciło się jej w oczy – biały papier nie
był niczym. Był pognieciony, a na nim widniały uformowane linie i zmarszczki.
Zastanawiała się na wpół żartobliwie: „A może w ogóle nie ma takiej rzeczy jak
nic? Może nic to też kłamstwo, wymysł?”.
Zauważyła na papierze skomplikowaną kombinację linii i zagnieceń. Poczu-
378 ła odrazę do samej siebie. – „Może to te kilka lat szkoły, które mam za sobą?