Page 40 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom pierwszy.
P. 40

Samuel, który poruszony trzymał już obie ręce na twardym opakowaniu pre-
           zentu, poczuł, że zaczyna się rumienić. Zaśmiał się, trochę zbyt pewny siebie:
             – Chcieliśmy dać naszym dobrym przyjaciołom okazję do sprawienia nam
           przyjemności. Jeszcze raz dziękuję pani Hagerowo… z głębi serca… – Samuel
           powtórzył kilka razy swoje podziękowania, aż w końcu zdobył się na odwagę,
           aby zapytać: – Mogę je zabrać?
             Pani Hager znowu nie kryła zdumienia:
             – Jak to zabrać? My przyjedziemy dorożką…
             – Nie, nie! Przynajmniej od tego zmartwienia muszę państwa uwolnić! –
           Przerwał jej, łapiąc w ręce pakę i lawirując z nią między szpalerem skrzynek po
           pomarańczach.
             Pani Hager wsparła się na nim.  Zaaferowany, uśmiechał się do niej, ona zaś
           wlokła się za nim. Dopiero przy drzwiach oparł swój „łup” na kolanie, chwycił
           dłoń pani Hager i głośno, ostatni raz ją ucałował:
             – Niech pani nie przyjdzie zbyt późno pani Hagerowo, Matylda zagra dla pani
           Barkarolę Chopina, którego pani tak lubi. Do zobaczenia… wieczorem!
             Po chwili, szczęśliwy, siedział już w trzęsącej dorożce z wielką paką na siedzeniu
           obok niego. Wsparł głowę na tym wyproszonym podparciu i poczuł wewnątrz siebie
           tak wielki śmiech, że aż musiał zasłonić usta pięścią, aby nie pozwolić mu się
           wydobyć. Przypomniał sobie zdumioną twarz Hagerowej, jej spojrzenie, głos – jak
           komicznie wyglądała ta staruszka. Nieoczekiwanie jednak błysnęła mu myśl, że
           Hagerowie nie powinni pozwalać sobie na taki prezent. Równocześnie Samuelowi
           przypomniał się jego zmarły ojciec, reb Mojsze Aron Cukerman – i rozbawienie
           całkowicie go opuściło. Tak, tata nienawidził tych jego, Samuela, błazeńskich
           nastrojów, pomysłów, napadów młodzieńczego zachwytu, figlarnej wesołości,
           beztroski. Teraz dotarło do niego, że stara Hagerowa wcale nie była komiczna,
           że to on ośmieszał się od chwili, kiedy profesor zadzwonił do niego, aby przeka-
           zać mu wiadomość o radiu, że to jego wypełnił jakiś szczenięcy entuzjazm i to
           z powodu tak dziecinnej rzeczy… – a także, że ojciec w jakiś sposób wpłynął na
           jego obecne zachowanie, że miał w nim swój udział.
             Samuel poczuł, że dobry nastrój go opuszcza, dlatego ocknął się i zaczął bęb-
           nić palcami po pakunku, po chwili znów zapomniał o ojcu i zaczął zastanawiać
           się, w którym pokoju postawi ten nowy sprzęt, aby było wygodnie dla każdego,
           a jednocześnie aby nikomu nie przeszkadzał niepożądany hałas.



                                            *


             Ostatni wieczór roku 1938, jak wszystkie zimowe wieczory, zapadł wcześnie.
           Choć na zegarach dopiero dochodziła piąta, miasto spowiła już ciemność nocy.
     38    Zaczął padać gęsty śnieg, więc ulice i drogi pokryły się białą powłoką. Wydawało
   35   36   37   38   39   40   41   42   43   44   45