Page 27 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi. Chava Rosenfarb "Bociany. Opowieść o sztetlu”.
P. 27
zawierającego jego własne ważne przemyślenia o żydowskiej wierze. Całe jego
życie stało się walką, by wypełnić to wielkie przeznaczenie bycia uczonym wśród
Żydów – a najtrudniej przychodziło mu to w życiu codziennym z własnymi do-
mownikami. Ciągle czuł się jak dłużnik, zarówno wobec swojej żony – z powodu
jej harówy, jak i wobec córeczek – które ledwo zauważał, a kiedy je w końcu
dostrzegał, mylił ich imiona, a także wobec synów, ponieważ poświęcał im zbyt
mało czasu. Starał się im to wynagrodzić, jakoś się zrewanżować – gorliwością
i wysiłkiem, z jakimi sporządzał rękopisy i zwracaniem się do nich z pokorną
wstrzemięźliwością. Nigdy niczego dla siebie się nie domagał.
Siedząc tak na trawie, Hinda poczuła, że myśli o mężu znowu napełniają jej
serce trwogą i starała się skupić je na Jankewie, który spał z głową przytuloną
do jej kolan. Patrzyła na piękną linię jego brwi, delikatne, niemal przeźroczyste
powieki, otoczone lśniącymi, brązowymi rzęsami. Przypominały jej dwie miseczki
miodu, pełne brązowej słodkości. Lubiła też jego usta, subtelnie wykrojone, wargi
jasnoczerwone, rozmarzone. Podobały jej się jego podbródek, uszy, owal twarzy
i kształt ciała, w ruchu przypominającego małe, kołyszące się drzewko. A do tego
miał też głowę na karku. Oczywiście, ani on, ani jego starszy brat Szolem nie
mogli porównywać się z jej najstarszym synem – Icielem, młodym geniuszem
talmudycznym. Ten był najbardziej podobny do swojego ojca. A przecież z pozo-
stałych synów była tak samo dumna jak z Icielego. Ze swoich dziewczynek też
była dumna, chociaż nikt nie dostrzegał w nich jakichś szczególnych zalet. Ale
Iciele… Iciele był ze wszystkich najważniejszy… nie z powodu swoich zalet, ale
dlatego, że tak poważnie chorował…
Łzy napłynęły jej do oczu i znalazły ujście, nie tylko wydostając się spod
powiek, ale także nosem. Ciało zatrzęsło się od spazmów, jakby było workiem
przepełnionym gorzką, słoną cieczą.
W tym momencie usłyszała, że woła ją Fredzia, gospodyni w domu młynarza.
Z policzkami wciąż mokrymi od łez Hinda uniosła głowę Jankewa ze swoich kolan,
posadziła go, po czym zerwała się na równe nogi i pognała do dworu. Starała się
opanować łzy, powstrzymać lament wyrywający jej się z gardła, żeby nie zbudzić
rodziny młynarza, która spała w jeszcze milczącym, pomalowanym na biało domu.
Kiedy Hinda podeszła całkiem blisko, Fredzia ze współczuciem zapytała:
– Gorzej z nimi?
– Bóg dopomoże – wyjąkała Hinda, dławiąc się słowami i łzami. Z rąk kobie-
ty odebrała dzbanek, kłaniając się przy tym jej nisko, jakby Fredzia była panią
domu, a nie służącą. – Niech ci Bóg wynagrodzi, dziękuję. – Odwróciła się i od
razu zatopiła swój wzrok w wieńczącej dzbanek białej pianie, na którą kapały
jej łzy. Widok tego ciepłego, spienionego mleka uspokoił ją. Zatrzymała się na
chwilę, z powrotem przybierając obojętny wyraz twarzy, po czym szybko podeszła
do Jankewa, wzięła go za rękę i zaczęli schodzić z Niebieskiej Góry, kierując się
w stronę szerokiej alei topolowej.
27