Page 291 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi. Arie Aksztajn (Eckstein) - Ulica Dolna.
P. 291

ostrzejsza”. Kelner spoglądał na nią z nabożnym podziwem, wszystkie za-
             strzeżenia potwierdzając milczeniem.
                Pomiędzy jednym daniem i drugim Chawale opowiedziała mi o swoim
             mężu, o tym, jak go poznała i szybko zdała sobie sprawę, że jest jej przezna-
             czony. Że oboje wyjeżdżają do Warszawy, żeby otworzyć restaurację, i jeśli
             kiedyś tam przyjadę, jej serce będzie otwarte i drzwi też. Spytałem, czy mogę ją
             odwiedzić jeszcze przed wyjazdem. Okazało się to niemożliwe. Nie wyjawiła
             mi dlaczego. Ale za to ona chętnie mnie odwiedzi. Od razu podałem jej nasz
             adres. Powiedziała mi również, że Szmil Grib wyjechał z Polski. O Ślepym
             Maksie nie miała żadnych wieści. Berl Szleper był na jej ślubie, wyglądał na
             wychudzonego i zabiedzonego. Nie ma pojęcia, czemu tak wyglądał, ale wie,
             że nadal się ukrywa. Białemu Heńkowi ona sama wysyła do więzienia paczki
             z jedzeniem.
                – Widzisz, Awrumie Lajb, porozlatywały się ptaszki. Tak to jest, gdy Żyd
             nie podąża prostą drogą.
                – Czy Berl Szleper pytał o mnie? – zapytałem z nadzieją.
                – Nie tylko pytał. On cię kocha, ale nie wie, gdzie przebywasz.
                – Może znasz jego adres? Może mógłbym się z nim spotkać.
                – On sam nie wie, gdzie będzie spał następnej nocy. Oj, Awrumie Lajb,
             serce mi się kraje z żałości. Takie dobre chłopaki, Berlowi naraiłam złotą
             dziewczynę, po prostu kryształową. Bo najpierw trzeba być człowiekiem,
             ustatkować się, zanim założy się rodzinę.
                Mam nadzieję, że nigdy tego nie zrobi. Ja ich rozumiem. Wszystko jest
             lepsze od rodzinnej klatki. Dzisiaj są kolorowi i wolni, ale jeśli jutro się poże-
             nią, stracą kolor, stracą charakter i stracą wolność. Pozostanie z nich jedynie
             szare, coraz bardziej więdnące ciało. Widocznie oni też byli kiedyś w ochronce.
             Kto tam był, nigdy nie będzie taki jak inni. A jednak jestem pewien, że i oni
             marzą o cieple, o rodzinie, ale – to na zawsze pozostanie tylko marzeniem.
             Marzenia są zawsze takie piękne.
                Tamtej nocy nie wróciłem do domu. Miałem wrażenie, że gdy tylko wejdę,
             drzwi zatrzasną się za mną na zawsze. Straszny mam lęk przed zamkniętymi
             drzwiami, gdy w domu jest ktoś jeszcze. I tak samo boję się otwartych drzwi,
             których nie mam prawa zamykać. Położyłem się na jakimś wozie na Bałuckim
             Rynku. W środku nocy dołączył do mnie inny dzieciak. Do rana już nie usną-
             łem. Rozpaliliśmy malutkie ognisko i grzaliśmy sobie ręce. Dzieciak nazywa
             się Karol. Żyje w ten sposób od prawie roku. Strasznie mu zazdrościłem.
             Wróciłem do domu bladym świtem. Tym razem ucieszyłem się, widząc tam   289
   286   287   288   289   290   291   292   293   294   295   296