Page 423 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom drugi.
P. 423

na. Szła ku samochodom powoli, ubranie spływało po jej smukłym ciele.
                  Ledwo dotykając stopami kamieni, uniosła się, niemal wpłynęła na plat-
                  formę.
                     – Ludzie, co się tu dzieje? – głos przerwał ciszę ulicy. – Popatrzcie, to nie jest
                  wariatka! Jest bardziej przy zdrowych zmysłach niż my!
                     Dziewczyna stała przez chwilę na brzegu platformy. Psotny wiatr lekko
                  podniósł jej suknię, odsłaniając nogi i kolana oraz białą skórę ponad nimi. Nie
                  próbowała się zasłonić, pozwalając, aby odsłonięta część ciała promieniała żywą
                  świeżością. Jej obnażona skóra błyszczała w słońcu dnia nazbyt harmonijnie,
                  nazbyt sieroco. Ludzie odwracali wzrok. Cała ulica Wesoła zakołysała się teraz
                  w zdławionym szlochu.
                     Zaraz jednak pojawili się pocieszyciele, którzy nie potrafili znieść napięcia
                  chwili. Ktoś mocno pchnął Bunima łokciem w żebra: – Słyszał pan? Resort sto-
                  larzy dostał zamówienie na milion drewnianych kul!
                     Ktoś z boku zapytał powolnym głosem: – A że będą rozdawać zasiłkowcom
                  po jajku na głowę słyszeliście?
                     Nieco dalej pocieszano się polityką: – Anglicy rozpoczęli ofensywę w Syrii.
                     Tłum wyglądał tak, jakby sam postradał rozum. Płacz i dziwne słowa mieszały
                  się w powietrzu, przebijały jedne przez drugie, prowadziły spór. Ktoś z nadzieją
                  opowiadał o nadchodzącej racji, gdzie indziej kimś wstrząsały spazmy, opowia-
                  dano o cudach z działki, miotano gorzkie przekleństwa.
                     – Znowu prowadzą uciekiniera! – ktoś zawołał, a tłum rozstąpił się, robiąc
                  przejście.
                     Dwóch policjantów kroczyło przodem, za nimi zaś szedł Mietek Rozenberg,
                  prowadząc pod ramię jakąś kobietę. Miała na sobie długi, orientalny szlafrok,
                  który mienił się barwnie wśród ciemnego tłumu. Jej twarz była chuda, przypo-
                  minała maskę szkieletu. Zamiast oczu widać był dwa ciemne, głębokie otwory,
                  których nie rozjaśniało spojrzenie, jakby źrenice spoglądały do środka, nie zaś
                  na zewnątrz. Krzykliwie czerwieniły się jej pomalowane, trupie wargi. Bunim
                  od razu rozpoznał matkę Mietka, żonę swojego dawnego szefa – kokieteryjną,
                  szczupłą kobietę, która kiedyś, latem, pojawiała się na balkonie. Teraz szła
                  wsparta na ramieniu syna i polerowała paznokcie drugiej ręki o klapę szlafroka.
                  Idąc tak, pustymi oczodołami spojrzała w górę, ku swojemu rosłemu potomkowi.
                  Jej drobne zęby zajaśniały w kokieteryjnym uśmiechu krzykliwie pomalowanych
                  warg. – Przyjdź zaraz, Mieciu, i przynieś miskę do mycia podłogi… – Zatrzymała
                  się. – Jak wyglądam? Mietek ciągnął do przodu jej ciało, które przypominało duży
                  manekin. Głowa kobiety chwiała się na wszystkie strony. Zaczęła lekko machać
                  wolną ręką i przesyłać w powietrzu pocałunki we wszystkich kierunkach, jakby
                  dopiero teraz dostrzegła tłum, który na nią patrzy. Roześmiała się, a jej śmiech
                  brzmiał jak wycie suki. Łańcuch policjantów rozstąpił się przed nią i Mietkiem.
                  Przechodząc przez szpaler, zatrzymali się. Kobieta zarzuciła ramiona na szyję
                  syna i przytuliła się do niego jak kochanka. – Będę na ciebie czekać w hotelu   421
   418   419   420   421   422   423   424   425   426   427   428