Page 210 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom drugi.
P. 210

Gdy tylko przekroczyli próg jej pokoju, wyjął z torby buteleczkę i wręczył
               jej: – Prezent ode mnie! – rzekł ze skrywaną satysfakcją, stęsknionymi oczyma
               przyglądając się jej twarzy.
                  Uniosła cienkie brwi. Czarujący, nieruchomy uśmiech zaigrał na jej wargach:
               – Perfumy?
                  – Prawdziwe perfumy! – patrzył, jak ogląda buteleczkę, przystawiając korek
               do nosa. – Poperfumuj się! – zachęcał ją.
                  Jej nieruchomy uśmiech zamienił się w dźwięczny śmiech – cienki, ciepły,
               dziecięco-przebiegły. Oddała mu buteleczkę.
                  – A po co mi to? – Popatrzył na nią zagubiony, bez słowa. – Pan jeszcze nie
               wie, że ja nie należę do kobiet, które używają takich rzeczy? Ja wiem, że nieładnie
               odmawiać przyjęcia prezentu, ale… – uwolniła się od płaszcza i stanęła przed
               nim w lekkiej sukience bez rękawów, zamyślając się na chwilę, jakby już go nie
               widziała. Potem podeszła do wiadra w kącie i pochyliła nad nim głowę. – Ani
               kropli wody – powiedziała do siebie i wzięła wiadro.
                  W pierwszej chwili nie zrozumiał, co mówi, wciąż jeszcze zdumiony, zagu-
               biony, stojąc w tym samym miejscu, gdzie znalazł się po przyjściu. Ale szybko
               przyszedł do siebie, wyjął wiadro z jej ręki i zanim zdołała coś powiedzieć, już
               biegł po ścieżce. Czuł, że coś się w nim buntuje, żądając, aby przyjęła od niego
               tę buteleczkę. Kręcił kołem pompy i słuchał, jak płynąca woda ciurka i pluska
               w wiadrze. Przed jego oczyma przelewały się rzeki perfum, całe strumienie…
               spływając na rudą głowę Estery.
                  Za chwilę znowu był u niej na górze. Zauważył, że nie ma już na sobie sukienki,
               lecz lekki, cienki szlafrok, który sięgał jej aż do kostek, podkreślając kontur talii
               i uwidaczniając pełne, młode piersi. Jej głowa wyglądała z okrągłego, zielonego
               kołnierza szlafroka niczym rozkwitły, pełen loków kwiat o czerwonych, śmieją-
               cych się ustach. Chciała wziąć wiadro z jego ręki, ale nie pozwolił, sam odniósł
               je i odstawił na miejsce. Ciężko oddychał, obejmując oczyma jej powabne ciało,
               którego uroda sprawiała mu ból: – Przyjmij buteleczkę – wykrztusił błagalnie.
                  Zaśmiała się: – Co panu przyszło do głowy, Szolemie? – Zajęła się przygoto-
               wywaniem miski, nalała wodę, wyjęła ręcznik i kawałek mydła. – To bez sensu…
               – dodała – bo dla mnie perfumy nie mają najmniejszej wartości, a pan może
               coś za nie dostać.
                  Dopadło go uczucie paniki. Niewiele brakowało, a poznałaby jego wielką
               tajemnicę. Skierował się ku drzwiom.
                  – Pięknie dziękuję za wodę! – usłyszał za sobą jej pogodny głos.
                  Gdy tylko wyszedł na ulicę, tym samym ruchem ręki, który za dnia podpatrzył
               u pana Sutera, wrzucił buteleczkę do rynsztoka. Puścił się pędem w kierunku
               Marysina, na działkę, gdzie odbywały się uroczystości ku czci Szolem-Alejchema.



         208                                     *
   205   206   207   208   209   210   211   212   213   214   215