Page 117 - Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi - Chava Rosenfarb. Drzewo życia - tom trzeci.
P. 117

szachownicę. Abramek przysunął panu krzesełko, a on otworzył teczkę. Wyjął
                   z niej swoje własne szachy i swoją własną szachownicę. Wielu graczy woli nosić
                   swoje, jakby to był dla nich talizman zapewniający wygraną. Mnie to nie prze-
                   szkadza. Niechaj to będą jego szachy, aby tylko grać. Pan zdjął okulary, a ja go
                   wówczas rozpoznałem: to bogacz Rozenberg, który kiedyś mieszkał na naszym
                   podwórku. Każdy by sobie życzył tak wyglądać jak on. Jednak nie pogawędziłem
                   z nim ani odrobinę… Interesował mnie tylko jako przeciwnik w grze. Poustawiał
                   figury i zapytał, ile chcę za partię. Od razu wiedziałem, z kim mam do czynienia.
                      – Jeśli przegrasz – zawyrokował – płacisz dziesięć fenigów. Jeśli wygrasz,
                   dostajesz dziesięć marek.
                      Mrugnąłem do Abramka i mój mały brat powiedział do niego: – Z pana to
                   musi być prawdziwy gracz, skoro tak się pan zakłada! – I radośnie zatarł ręce.
                      Gość wystartował gońcem.
                      Moją taktyką w czasie rozgrywania pierwszej partii z obcym człowiekiem,
                   zwłaszcza gdy mam czarne pionki, jest pozostawać w defensywie i dzięki temu
                   rozpoznać możliwości przeciwnika. Nie przeszkadza mi nawet to, że czasami
                   przegram pierwszą partię. To manewr psychologiczny. Zwycięzca staje się pew-
                   ny siebie i przestaje mnie doceniać. Koncentruje się na ataku. Podczas drugiej
                   partii chce się pokazać tylko z jedną rzeczą: jak szybko mnie pokona. Wówczas
                   zaczynam się „niewinnie” bronić, przechodząc niepostrzeżenie do ofensywy.
                   Wynik to jeden do jednego i przeciwnik dziwi się, a nawet złości na siebie, że
                   przegrał z takim cieniasem. Trzecia partia staje się ciekawsza. Ambicja jest
                   podrażniona. Ale przeciwnik wciąż nic o mnie nie wie. Dopiero gdy przegra po
                   raz drugi, wychodzi szydło z worka – i gra rozpoczyna się na dobre. Zdarza się
                   jednak, że ja sam często nie doceniam moich rywali i zapominam, że oni również
                   mogą mieć podejście psychologiczne i są zdolni do podstępów.
                      Skromność na bok – w getcie nie ma zbyt wielu graczy mojego kalibru. Ale
                   tym razem trafiłem na jednego z nich. Oczywiście chciałem przegrać pierwszą
                   partię, ale on pobił mnie już po dwudziestu ruchach, nieco zbyt szybko jak dla
                   mnie. Ze złości nakrzyczałem na Abramka, że stoi z nożem w ręku, kibicuje,
                   a tu zaraz mama wróci do domu, a jedzenie nie będzie gotowe. Gość, zacierając
                   dłonie, triumfalnie wziął ode mnie dziesięć fenigów.
                      Dlatego już przy drugiej partii ruszyłem całą parą. Zapomniałem, co się dzieje
                   wokół mnie, nie widziałem, że Abramek leży brzuchem na górze zieleniny na
                   stole, a garnek stoi obok (zauważyłem to dopiero po paru godzinach). Rozpo-
                   cząłem manewrem otwierającym Zukertorta  i w trakcie gry zyskałem przewagę
                                                        6
                   konia. Partia wydawała się wygrana, ale mój przeciwnik wykonał udany manewr
                   i poprawił swoją linię obrony. Rzecz zakończyła się remisem. Trzy kolejne partie



                   6    Johannes Hermann Zukertort (1842–1888), jeden z najlepszych szachistów na świecie, analityk,
                      wydawca i autor książek o szachach.                               115
   112   113   114   115   116   117   118   119   120   121   122